Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Gdy ktoś Ci powie, że kochać się to grzech, daj mu w zęby. A gdy to powtórzy - strzelaj.

Dobrze

Wojtkowi

Mamusia poszła do lekarza, a ja wkuwałem do egzaminu. Studiuję bibliotekoznawstwo. Wybrałem ten kierunek, bo tu jest dużo pamięciowego materiału, a ja mam dobrą pamięć. Nic więcej, ale pamięć - tak. Mówią na mnie "Notes". Zawsze pamiętam adresy, telefony, daty, kody pocztowe. Zresztą, ćwiczę. Wkuwam podręczniki na pamięć. Gdy się pomylę, zapalam świecę i trzymam nad nią rękę tak długo, aż ból stanie się nie do wytrzymania. Potem szybko biegnę pod kran z zimną wodą, żeby nie było bąbli. Nie chcę, by mamusia zauważyła. Bardzo by się o mnie martwiła.

Ja też się o nią martwię. Ostatnio bardzo kaszle. Boże, spraw, by to nie było TO. Nie wiem, co bym bez niej zrobił. Ona tak się o mnie troszczy. Daje mi dietetyczne jedzenie, bez soli i przypraw. Chce, żebym był zdrowy. Bo zdrowie to podstawa.

Bardzo się o nią bałem i pewnie dlatego nauka mi nie szła. Myliłem się raz za razem. Moja ręka była już całkiem czerwona. Nawet zimna woda przestawała pomagać. Bałem się, że umrę z bólu, jeśli to się jeszcze raz powtórzy.

No i stało się. Zamiast "Bibliotheque Nationale" powiedziałem "Française". Boże, za co mnie tak karzesz?

Zdaje się, że straciłem przytomność albo stało się coś jeszcze gorszego, bo ocknąłem się nagle w jakimś zupełnie obcym miejscu. Zdaje się, że to był las. Nigdy nie byłem w lesie, tam są przecież zboczeńcy, zbóje i wściekłe zwierzęta. Ale widziałem na zdjęciach.

Leżałem na ziemi. Nade mną pochylał się jakiś nieznajomy mężczyzna. Zboczeniec czy zbój?

- Wściekłe zwierzę - roześmiał się głośno. - A tak poważnie, to zbój. Co z twoją ręką? Gasiłeś pożar, czy co?

Szybko nazrywał jakichś liści i obłożył nimi chore miejsca. Po chwili ból zaczął łagodnieć. - No, co się stało?

Opowiedziałem mu, w jaki sposób ćwiczę pamięć. Byłem pewien, że mnie pochwali, ale on zamrugał oczami i zrobił znaczące kółko na czole.

- Jasne - mruknął. - Nikt się jeszcze w tym lesie nie znalazł bez przyczyny.

Milczałem, urażony, zastanawiając się jednocześnie, czemu nie czuję strachu przed kimś, kto bez ogródek przedstawił się jako zbój.

- A co to za las? - zapytałem w końcu.

- Sherwood.

Nic mi to nie mówiło... zaraz. Tak. To był ten jeden jedyny raz, kiedy byłem nieposłuszny. Poszedłem do Adasia i oglądaliśmy ten film na video. Potem mamusia zamknęła mnie w łazience i zgasiła światło, żebym sobie przemyślał.

Miałem dużo czasu, więc przemyślałem raz na zawsze.

- Chcę do domu.

- Tak ci tam dobrze? - zmrużył oczy.

- Dobrze, niedobrze: dom to jest dom.

- Jasne - poważnie kiwnął głową. - Dom to jest dom. Noga to jest noga, a stół to stół. Rzeczywiście, jak mogłem nie wpaść na to wcześniej. Kim jest twój ojciec? - zapytał znienacka.

- Nie żyje. - Czemu właściwie odpowiadałem na wszystkie jego pytania? Mamusia uważa, że obcy nie powinni wiedzieć o nas za dużo. - Chcę do domu.

- Na pewno?

- To chyba jasne, nie?

- Nie. Wcale nie. Do tego lasu, widzisz, prowadzi kilka ścieżek: marzenia, tęsknoty, duchowego pokrewieństwa... A ty przyszedłeś ścieżką bólu.

- Jesteś zbójem, prawda? Więc obrabuj mnie w końcu i wypuść.

Albo zabij - dodałem w myślach. Zabij, ale nie dręcz. Nie wzbudzaj niepokoju. Nie ma nic gorszego niż niepokój. Czasami mnie ogarnia bez powodu. Mamusia daje mi wtedy waleriankę.

Kto mi w tym lesie poda waleriankę?

I nagle stało się coś takiego, że zapomniałem o waleriance. Zapomniałem o całym świecie.

Spomiędzy drzew wynurzyła się kobieta na koniu. Jechała wolno, majestatycznie. Jak królowa.

Jak bogini.

- Mamy gościa? - uśmiechnęła się do mnie poprzez gęstwę rudych, splątanych włosów. - Chłopcy, przynieście trochę chrustu, ustrzeliłam dwa zające.

Zwinnie zeskoczyła z konia i podeszła do mężczyzny, z którym przed chwilą rozmawiałem. Pocałowali się.

Grzech patrzeć na takie rzeczy, ale... patrzyłem.

- Na co czekasz? - tamten odwrócił się gwałtownie - nie słyszałeś?

Iść po chrust? Nikt nigdy nie żądał od mnie czegoś podobnego. Sam w lesie... to straszne.

Ale boginiom się nie odmawia.

Dość długo trwało, zanim zebrałem całe naręcze. Gdy wróciłem na polanę, płonął już ogień, jakiś gruby zakonnik obracał rożen, a tamci... bili się. Tarmosili za uszy, tarzali w trawie, a grubas klaskał w dłonie, podjudzając jeszcze:

- Tak, dobrze! Dołóż mu, kwiatuszku! Teraz!

To niedobrze, gdy ludzie się biją. Przecież mogą sobie zrobić jakąś krzywdę. O, właśnie: podstawiła mu nogę, a on wywrócił się jak długi. Mógł sobie coś obetrzeć i dostać zakażenia. Zostawiła go, ucieka, śmieje się, a zakonnik dogaduje:

- No łap ją, na co czekasz?

Nie czekał. Błyskawicznie zerwał się z ziemi i dogonił ją w kilku susach. Znów zaczęli się szamotać, i nagle... krew buchnęła mi do twarzy: spomiędzy wiązań koszuli wymknęła się jędrna, biała pierś. Dziewczyna zasłoniła ją szybko, ale nie dość szybko. Widziałem.

Całe naręcze chrustu wypadło mi z rąk. Na ten dźwięk mnich odwrócił się i zmierzył mnie wzrokiem:

- To ty jesteś ten gość?

Podał mi bukłak z winem, ale potrząsnąłem głową. Jeszcze nie byłem w stanie mówić.

- Nie to nie - wzruszył ramionami i sam golnął sobie tęgo. - Komu kibicowałeś, jej czy jemu?

- Nikomu - wydyszałem, z trudem łapiąc oddech. - To straszne.

- Co?

- Że się biją, i...

Zaniósł się śmiechem, aż echo poniosło. To moje "i" w niczym nie przypominało najchudszej litery alfabetu. Aż tryskało soczystą treścią. Spąsowiałem jeszcze bardziej.

- Przecież to grzech! - to miało zabrzmieć surowo, ale wydarł się ze mnie mysi pisk.

- Grzech? - zakonnik śmiał się ciągle. - a ty nie grzeszysz?

- Nie patrzę na kobiety.

- Widziałem, widziałem.

- To pierwszy raz... Zawsze zasłaniam oczy.

- Wodę masz w żyłach czy co?

- Lepiej wodę niż to okropne wińsko.

Spojrzał na mnie tak, jakbym za chwilę miał dołączyć do piekących się na rożnie zajęcy, ale zaraz zaśmiał się znowu:

- Zaczynasz się odszczekiwać, to dobrze. Może jeszcze będzie z ciebie chłop z jajami.

Chłop z jajami, też coś! u nas w domu nie używa się takiego słownictwa.

- Posłuchaj... - mnich spoważniał nagle. - Nie, najpierw usiądź. Jesteś wielki jak dąb, trudno tak ciągle zadzierać głowę.

- Posłuchaj - powtórzył - jeżeli ktoś ci powie, że kochać się to grzech, daj mu w zęby. Od razu. Bez żadnych pytań. Obiecujesz?

- A jeżeli to powtórzy - dodał mściwie - strzelaj. Bo to niebezpieczny człowiek.

Takie słowa w ustach zakonnika? Gdzie ja jestem?

- Jak możesz żądać ode mnie czegoś podobnego?

- A mogę, mogę. Już całe wieki patrzę na to, co wyprawiają ludzie, którzy nie potrafią przytulić dziewczyny i spojrzeć jej w oczy. Wierz mi, mogę.

- Przecież to grzech.

Sapnął i ciężko podniósł się z ziemi, by dołożyć trochę drew do ognia. - Grzech, to się zadręczać - odwrócił się i poczciwie zamrugał małymi, ciemnymi oczkami. - Bóg rozumie przecież, że masz ciało, które chce biegać, skakać, bić się i kochać. Bóg zrozumie każde twoje szaleństwo... prócz jednego. A może i to zrozumie. Nie wiem. Twoje zdrowie, chłopcze, i na pohybel ponurakom.

Podniósł bukłak i przez dłuższą chwilę słychać było głośne bul, bul, bul. Skórzany mieszek chudł coraz bardziej, aż sflaczał do końca, legł na trawie i... zaczął kusić.

Może to jedyna okazja? Wysączyłem kilka ostatnich kropel. Warto wiedzieć, jak smakuje to, czego już nigdy potem nie będę pił.

A smakowało. Bardzo smakowało.

Co gorsza, czułem, że cała ta dziwaczna sytuacja też mi zaczyna smakować.

Tamci powoli szli w naszą stronę, objęci, przytuleni, szepcząc coś do siebie. Nie słyszałem tego, lecz byłem pewien, że są to słowa, które sam chciałbym wyszeptać komuś na ucho, gdyby... ale to przecież niemożliwe. Nigdy. Przysięgałem mamusi, że jej nie opuszczę.

Usiedli przy nas. Bogini uśmiechnęła się do mnie. Jej uśmiech był promiennie zielony, jasny i pełen czułości.

- Dzielny chłopiec.

Naprawdę to powiedziała? Ona?

Zające były gotowe. Zakonnik podreptał po następny bukłak z winem. Podzielili mięso. Przeżegnałem się w duchu, pewien, że zjadam właśnie zarazki wścieklizny albo jakiejś innej strasznej choroby, ale dzielny chłopiec musi ważyć się na wszystko.

Wina też się napiłem.

Po całym ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Położyłem się na trawie. Zapadał zmierzch. Gałęzie drzew kołysały się łagodnie. Ogień przygasał. Było sennie. Było dobrze.

Tamci śpiewali na trzy głosy. Nie rozumiałem słów, ale to było bardzo piękne. Piosenka zdawała się nie mieć końca...

Ale urwała się nagle w pół frazy. Lodowaty chłód ściął ludzi i drzewa. Nawet nikły płomyk ogniska zastygł w bezruchu.

Nad nami stała, milcząc, moja matka.

Woda lała się z umywalki. Leżałem z głową opartą o wannę, cały mokry i przemarznięty. Matka pochylała się nade mną.

- Wezwę pogotowie - powiedziała roztrzęsionym głosem.

- Nie histeryzuj - warknąłem.

Znieruchomiała. Niezdarnie gramoliłem się z podłogi. Teraz dopiero poczułem, że wszystko mnie boli - ręka, głowa, a najbardziej serce. Czemu akurat serce? Zakręciłem kran i sięgnąłem po ścierkę. Trzeba było przecież jakoś opanować ten potop, zanim zaleje sąsiadów.

Twarz matki była biała, a oczy okrągłe jak spodki. Roześmiałem się mimo woli.

Psychiatra nie dopatrzył się u mnie choroby. Serce podobno też mam zdrowe, choć coraz bardziej boli i tłucze się niespokojnie. Wreszcie matka wytrzasnęła skądś adres znanego cudotwórcy.

Cudotwórca powiedział, że to nie jest choroba ciała. Że boli i musi boleć, jak niespełniona miłość. i że lepiej jest kochać nieszczęśliwie, niż nie kochać wcale.

Po nocach śnią mi się kasztanowe włosy, ogień i tamten śpiew. a czasami też biała pierś, bezwstydnie naga i kusząca. Budzę się wtedy mokry i przerażony.

A jednak czekam na te sny. Jak pies, patrzę w zielone oczy bogini i jest mi dobrze.

Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com