Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Każdy chce być kochany takim, jaki jest naprawdę.

Rozdział pierwszy

Gorsza połowa szczęścia

Prawdziwe historie kochają się w ironii i oto pani Igerne, królowa Brytanii, zamiast jednego dziecka przepowiedzianego przez Merlina, urodziła bliźnięta. Chłopca i dziewczynkę.

Dzieci wyglądały, jakby zostały spłodzone przez dwóch różnych ojców. Chłopiec przypominał Hoela, diuka Gorlois, jej pierwszego męża. Był szczupły jak on i raczej drobnej budowy. Miał te same jasne włosy i błękitne, śmiejące się oczy. „A światło mieniło się w nich niczym w perlistych wodospadach Kornwalii...” Matka przytuliła go i pocałowała w czubek małej główki, a potem przeniosła wzrok na córkę.

Mała była żywą kopią Uthera Pendragona, zwanego Smokobójcą.

Oboje zostali poczęci tamtej strasznej nocy, gdy Uther Pendragon przyszedł do niej pod postacią Hoela, prawowitego i kochanego małżonka.

Uther był królem Brytów, mógł mieć każdą kobietę stąd aż po dzikie góry Szkocji, a jednak upatrzył sobie właśnie ją, szczęśliwą żonę diuka Konwalii. Gdzie w tym sens? I czy w ogóle jest jakiś sens w ludzkich namiętnościach? Pani Igerne nigdy nie zdołała zapomnieć tamtej uczty. Merlin siedział wówczas pomiędzy nią i Smokobójcą, a jego słowa uderzały do głowy jak mocne wino. O czym mówił? O ptakach, odlatujących każdej jesieni do gorących krain południa. Pani Igerne przyłapała się nagle na myśli: To nie ma nic wspólnego z ptakami, nasza podróż dopiero się zacznie. Tak właśnie pomyślała: Nasza podróż. Wzdrygnęła się i opuściła biesiadną salę. Za późno. Cokolwiek mówiła potem, nie mogła zaprzeczyć, że tamtej nocy zawładnął nią na moment ów niebezpieczny duch, który niszczy wszystko, co znane i kochane, by rzucić wprost w objęcia śmiertelnej przygody.

A potem nie pozostało już nic innego, jak tylko załatwić sprawę po chrześcijańsku.

Giraldus, królewski kapelan, napominał ją przy każdej spowiedzi, że jej obowiązkiem jest kochać męża, który podniósł ją z grzechu i zaślubił wobec Boga. Jakże dziwną rzeczą jest grzech. Ta, która wpuszcza do łoża własnego męża, nie podejrzewając podstępu, grzeszy. Ten, który ją omamił, z grzechu podnosi. Zabijając zaś jej szczęście, ratuje przed potępieniem wiecznym. A tak: pani Igerne pali czasami trzy świece na pamiątkę owych trzech godzin, które minęły od śmierci diuka Gorlois do chwili, gdy Uther Pendragon zapukał do jej drzwi w jego płaszczu i butach, z jego twarzą i głosem. „Jesteś, mój mężu? I zawsze już będę przy tobie...” Nie żył wtedy od trzech godzin. Czary Merlina były potrzebne, by nadać Utherowi jego wygląd. Do zgładzenia wystarczyły sposoby naturalne w postaci sprzymierzonych z królem Saksonów. To czarcie plemię, sprowadzone przed wiekiem przez króla Vortigerna, o którym do dziś nikt nie mówi inaczej, jak tylko nazywając go Nieszczęsnym. Pradziadka Uthera.

Saksoni mieli chronić kraj przed zalewem Piktów i Szkotów z północy, a rozpanoszyli się tak, że żaden z prawowitych mieszkańców tej ziemi nie może czuć się bezpiecznie we własnym domu. Palą, grabią i nie sposób ich wytrzebić, gdyż wciąż przybywają nowi na swoich statkach, pewni jakiegoś ciemnego proroctwa, które im obiecuje trzysta lat panowania nad tą ziemią. Wrośli w nią już jak trująca roślina; niech będą przeklęci i Uther razem z nimi.

„Nigdy, nigdy go nie pokocham”, szeptała do siebie pani Igerne. Co prawda, on także ochłódł już w swoich uczuciach. Może dręczyły go wyrzuty sumienia z powodu morderstwa, a może zwyczajnie znudził się żoną. Co mu po wiecznie smutnej i chorej kobiecie, która więcej czasu spędza w zamkowej kaplicy niż przy stole i w łożu. Jej włosy, jeszcze rok temu oszałamiająco złociste, pokrył jakiś popielaty nalot. I wypadały garściami, znacząc jej suknie smutną, bladą pajęczyną. Pani Igerne źle znosiła tę podwójną ciążę. A przede wszystkim źle znosiła swoje nowe małżeństwo. Dziewczynka znowu poruszyła się niespokojnie. W sinawym świetle poranka wyraźnie rysowały się jej duże, zmysłowe usta i silny podbródek, zdradzający upór i wolę, której kiedyś trudno się będzie oprzeć, jak niegdyś woli jej ojca. Była ciemna, silna i niecierpliwa, gotowa krzyczeć wniebogłosy, jeśli w porę nie dostanie piersi. Pani Igerne podała jej pierś, ale w jej wzroku nie było czułości. Jesteś córką Uthera, myślała, i to podobieństwo nie jest twoją winą. Czemu nie mogę ci go po prostu przebaczyć? A jednak nie mogę, córeczko. Zrozumiesz to może kiedyś, jeśli z twojego bólu także urodzi się córka, twoja kopia, twoja rywalka i twoja pewność, że każde cierpienie odnowi się w przyszłości i będzie odnawiać tak długo, jak długo morze nie przestanie kruszyć skały u stóp Tintagelu, a pioruny kąsać jego północnej wieży.

A one nie przestaną nigdy. Nigdy. Tak jakoś dziwnie została zbudowana, że przyciąga te boskie węże.

Boskie węże, tak mówi Merlin. On także niech będzie przeklęty.

Uther Pendragon wyruszał na wyprawę przeciw saksońskim bandom, które znowu niebezpiecznie się rozmnożyły w okolicy. Spieszno mu było, ledwie doczekał się wieści o rozwiązaniu. I jakby tylko mimochodem wszedł do komnaty pani Igerne, by dopełnić starego obyczaju, położyć się obok niej na łożu i w ten sposób uznać dzieci za swoje. Przytulił chłopca i spojrzał na swoją żonę tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaczerpnął tylko powietrza i wypuścił je z głośnym świstem. A potem wyskoczył z pościeli, jakby jakiś diabeł podgrzał ją nagle siarkowym płomieniem. Jeszcze w drzwiach się zawahał, odwrócił, zagryzł wargi, a jego ręka wykonała jakiś nieokreślony ruch, który mógł oznaczać tyleż wszystko, co i nic.

Uther Pendragon zachował się jak tchórz.

Gdy tylko umilkły nawoływania rycerzy i odgłosy końskich kopyt na dziedzińcu, dwoje ludzi stanęło przy łożu królowej: białowłosy starzec i młoda dama w lekkiej, jaśniejącej szacie, która zdawała się unosić nad ziemią, jak gdyby poruszana prądem ciepłego powietrza.

Ten szczegół zdradził, że przybysze nie są zwykłymi ludźmi, lecz przychodzą z Fairylandu, Zaczarowanego Kraju, ziemi elfów i wróżek, a także dawnych druidów, wieszczów i czarodziejów.

To znaczy, że zrobią co chcą i nie będzie z nimi targów ani dyskusji.

- Bądź pozdrowiona, królowo - powiedział starzec. Etykieta Fairylandu... Kiedy Merlin obiecywał Utherowi jej ciało, zapewne także czynił to w najgrzeczniejszych, najbardziej wyszukanych słowach. Stręczycielskie usługi wierszem. Gwałt w masce poematu. Ciekawe, czy król, zwykły prostak i król prostaków, znalazł na to inną odpowiedź niż swoje krótkie, chrapliwe „kiedy?”.

- Niech zawsze chronią cię moce trzech światów, pani - dodała miękko dama i panią Igerne przeszył lodowaty chłód; nagle stało się dla niej jasne, że z tej rozmowy nie wyniknie nic dobrego ani dla niej, ani dla jej dzieci. - Niech łaska Białokonnej, Matki wszelkiego stworzenia, opromienia cię w każdej chwili twego życia; oto bowiem i ty stałaś się matką, a z twego łona narodził się król, jakiego nie było i po nim nie będzie...

Historia zapamięta te słowa i zarazem zaprzeczy im, nazywając tego chłopca królem, który był i będzie. Rex quondam, rexque futurus... Taki napis pojawi się kiedyś na jego nagrobku. A może jakiś inny? Nic jeszcze nie wiadomo, drzewo czasu nie wypuściło jeszcze wszystkich gałęzi, a w każdym razie śmiertelni ludzie nic o tym nie wiedzą. Tylko przybysze z Fairylandu mogą czasami zajrzeć w przyszłość. Albo tworzyć ją... Pani Igerne poczuła przez moment żal, że nie jest jedną z nich. Przez krótką chwilę oddałaby nieśmiertelność duszy za to tylko, by tu, na ziemi, decydować o losach własnych i ludzi, których kocha. Ach nie, w imię Ojca i Syna...

- Chłopiec należy do nas - powiedział starzec. - Syn króla nie może wychowywać się w domu swego ojca. Wiesz o tym, pani. Zresztą, Uther Smokobójca złożył przysięgę Merlinowi, o czym też powinnaś wiedzieć.

- Ale ja nie składałam żadnej przysięgi.

Królowa sama była zdziwiona brzmieniem swego głosu. Tych słów nie wypowiedziała kobieta wycieńczona trudami porodu, lecz wojowniczka, jedna z tych, przed którymi sam wielki Cezar czuł respekt, a jego żołnierze czmychali w popłochu. I doprawdy wolałaby teraz mieć przeciw sobie cały zastęp Rzymian niż tych dwoje, obdarzonych wiedzą nie z tego świata.

„Nikt nie może uniknąć swego przeznaczenia”. - Starzec delikatnie położył dłoń na jej ramieniu, jednocześnie drugą ręką gładząc chłopca po twarzy. - Piękne oczy. Mądre i szlachetne. Oczy króla.

- Oczy mojego syna.

- Króla i wybawcy Brytanii - powiedziała dama. - Nie wzbraniaj się, królowo. Nie dasz mu szczęścia, chroniąc przed wielkością. Wielkość jest jego losem, jest nim samym. Chcesz mu odebrać duszę?

Najgorsze w tych strasznych ludziach było to, że mieli rację.

- Urodziłam dwoje dzieci - szepnęła cicho pani Igerne.

- I jedno z nich zostanie z tobą. - Starzec się uśmiechnął. - Jak połowa szczęścia.

„Gorsza połowa” - chciała powiedzieć królowa, lecz zamiast tego rozpłakała się, obsypując pocałunkami główkę synka. Jakby na potwierdzenie tych nie wypowiedzianych słów starzec pokiwał głową:

- Imię twej córki, pani, będzie sławne jak imiona królów i najdzielniejszych rycerzy. Nie przyniesie jej to szczęścia, ale też i nie o szczęście chodzi w życiu ludzi śmiertelnych. Imię zaś owo jest Morrigan.

- Bogini wojny... - szepnęła matka.

- W czasie wojny zrodzona, wojnę i niepokój przyniesie światu. Ale też i nadzieję, która zawsze z zamętu się rodzi.

Pani Igerne przestała walczyć. Ogarnęła ją ciepła, leniwa senność i nie wiedziała już sama, czy słyszy naprawdę, czy tylko przez sen, ostatnie słowa starca:

- Ona uchroni to, co kochasz, przed tym, czego nienawidzisz.

Można powiedzieć, że ta szlachetnie urodzona dama, jedna z największych piękności swoich czasów, miała w życiu niespotykanego pecha. Wydała na świat dwoje dzieci, a żadnego z nich nie mogła nazwać własnym. Nie czuła się matką, a tylko narzędziem w rękach jakichś potężnych sił, którym spodobało się tak, a nie inaczej pokierować ludzkimi losami. Gdyby jej pozwolono wybierać, wolałaby spokojnie dożyć swoich dni u boku diuka Gorlois, urodzić mu zwyczajne dzieci i spocząć wreszcie obok niego w podziemiach zamkowej kaplicy. Stało się inaczej. Żadne łzy nie wskrzeszą już jasnowłosego Hoela. Ale Bóg mógłby się nad nią zlitować i dać jej jeszcze jedno dziecko, całkiem zwykle - ani specjalnie piękne, ani zdolne, ani mądre, za to uśmiechnięte i garnące się do niej w chwilach trwogi. Pani Igerne modliła się o to codziennie. I jeszcze jedną miała prośbę do Tego, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych: chciała przed śmiercią zobaczyć chłopca, którego tamtej nocy poczęła z Utherem, sądząc, że trzyma w objęciach swojego męża.

Giraldus mówi, że to lepiej, gdy wdowa spocznie w łożu mężczyzny. Mniejszy to grzech i nie można już mówić o zbrodni cudzołóstwa. I mówi też, że grzech czyni ludzi nieszczęśliwymi, a niewinni radują się w Panu. Pani Igerne westchnęła ciężko. Jeśli to prawda, to ona musi być wyjątkowo grzeszną kobietą, skoro od tamtej chwili tak niewiele zaznała radości. Niechybnie czekają wieczne potępienie, jak wszystkich, którzy ośmielili się pokochać na tym świecie cokolwiek oprócz Tego, który nie jest z tego świata. Ciężka jest kara za tę ułomność serca... Chciała się modlić, lecz coś dławiło ją w gardle, czuła dziwną duszność i gorąco, jak gdyby już owiewał ją duszący oddech piekieł. Coraz częściej się to zdarzało. I zawsze w takich chwilach nawiedzały ją myśli o śmierci. Ale nie chciała umierać. Jeszcze nie.

Przemogła słabość, podeszła do okna i otworzywszy je, głęboko zachłysnęła się powietrzem. A potem, jak zawsze, wydała polecenia służbie, nakarmiła małą i zeszła do kaplicy prosić Boga o szczęśliwy powrót Uthera Smokobójcy.

Dziewczynka chowała się zdrowo, czekano więc z chrztem do powrotu króla, który miał ściągnąć do zamku jeszcze przed nadejściem zimowych chłodów. Królowa zataiła przed Giraldusem wizytę nocnych gości. W końcu, usprawiedliwiała się, sny nie są grzechem. Naprawdę jednak była w kłopocie. Wiedziała dobrze, że starzec wyjawił jej prawdziwe imię dziewczynki. Nie mogła jednak nadać go dziecku na chrzcie świętym. Brzmiało jak sama esencja pogaństwa. Morrigan, najkrwawsza z bogiń wojny, ta, która pod postacią czarnego kruka wieści śmierć bohaterom, a przybrawszy wygląd kobiety, oddaje się im, niczym sprzedajna dziewka, po lasach i na rozstajnych drogach.

A jednak trzeba zawiadomić o wszystkim króla. Może on znajdzie jakąś radę.

I Uther znalazł.

Wrócił z wyprawy w świetnym humorze i bez zniecierpliwienia wysłuchał przydługiej opowieści żony, która kluczyła i lawirowała, bojąc się powiedzieć wprost, o co chodzi. Ale wojaczka widać rozjaśniła mu umysł, bo nagle spojrzał na nią wesoło i aż trzepnął się w udo, tak był zadowolony ze swego pomysłu.

- Posłuchajcie, pani - rzekł z chytrym uśmieszkiem. - Wiele było bogiń wojny, a jedną z nich jest Ana; to również imię sławnej prorokini i żaden ksiądz się nie zawaha, chrzcząc nim dziecko w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

I śmiał się jeszcze długo, pewien, że oszukał w ten sposób nie tylko Giraldusa, lecz i samego Pana Boga.

Dlatego kronikarze będą pisać o niej: Anna, prosty zaś lud, który zawsze jakimś cudem poznaje prawdziwe imię każdej rzeczy, choć czasem przekręca je nieco, zapamięta ją jako Morgan le Fay, Morgan Czarodziejkę.

Na razie jednak była niemowlęciem i płakała często, słysząc szczęk żelastwa i pijackie wrzaski rycerzy, którzy nie mając zimą nic lepszego do roboty, rozprawiali się dzielnie z zawartością zamkowych piwnic.

- Gdyby była chłopcem - sarkał Uther - cieszyłby ją widok mieczy i pełnego dzbana.

A w myślach dodawał, patrząc na czerwoną od płaczu twarzyczkę maleństwa: Gdybyś była dziewczynką, także. Prawdziwą dziewczynką, małą kobietką, stworzoną do miłości. Co z ciebie wyrośnie, dziecinko? Coś na obraz twojej matki?

Nie mówił tego jednak głośno.

Małą oddano piastunkom i od tej pory z rzadka już tylko widywała rodziców. Gdy trochę podrosła, najwięcej czasu spędzała w kuchni, w stajni albo na łąkach pod zamkiem. Najbardziej jednak polubiła starą Beth, która nie miała już żadnych obowiązków i dożywała swoich dni przy piecu w zamkowej kuchni.

Beth pamiętała czasy, gdy Tintagelem rządził król Marek. Była wtedy dzieckiem, a piękny Tristan robił dla niej łódeczki z kory. Puszczali je potem razem w dół strumienia i Tristan brał ją na ręce, podnosił i podrzucał do góry, gdy któraś z nich dostała się do rąk królowej, najpiękniejszej z pięknych, Izoldy Złotowłosej. Beth bardzo się podobała ta zabawa, tym bardziej że dostawała wiele łakoci od obojga. Prawdę poznała znacznie później, gdy Złotowłosą prowadzono na stos, a król Marek, ten najlepszy i najmądrzejszy z królów, upijał się samotnie w swojej komnacie.

Zaryglował drzwi od środka, by nie wpuszczać nikogo, a przede wszystkim litości.

Zobaczyła później. Ręce miał pogryzione do krwi.

Tristan uwolnił ukochaną, ale mała Beth długo, długo płakała tej nocy. Dlaczego? Nie wie do tej pory. Bo było w tym coś... coś takiego, dziecinko... ty też płaczesz? Więc wiesz, dlaczego.

A potem było rozstanie, czarny żagiel i śmierć, jaka bywa udziałem królowych, a nie zwykłych służących, takich jak Beth. Do zadań służących takich jak Beth należy zachowanie tajemnicy, a potem niedochowanie jej, kiedy historia przemienia się w legendę. Chcesz jej posłuchać jeszcze raz, Anno?

Zawsze chciała. A potem siadywała nad strumieniem i dopiero wieczór zapędzał ją do zamkowych komnat. Ale nie spała. Nasłuchiwała. Dałaby głowę, że kiedy wszyscy śpią, można usłyszeć tamte głosy.

Wsłuchiwała się w nie, nie rozumiejąc, a tylko chłonąc ich przedziwny smutek. Smutek i coś jeszcze, co wydawało się być tajemnicą tego zamku, tej ziemi i jej samej, małej królewny, na którą ludzie patrzyli z lękiem i nie chcieli powiedzieć, dlaczego.

A potem wziął ją pod swoje skrzydła Giraldus, ponury mnich rodem z Iberii - czarny, wysoki, kościsty, z nosem drapieżnego sępa. Budził lęk w małej Annie. Postanowił bowiem wychować ją tak, by w przyszłości mogła zaświadczyć przed Bogiem, że biedny mnich nie na próżno spędził życie w barbarzyńskim kraju. A że nic tak nie przemawia do wyobraźni dziecka jak dobrze dobrany przykład, opowiadał jej o losach licznych mężów i niewiast, którzy wycierpieli najsroższe męki dla imienia Jezusowego. Pragnął jej zaszczepić owo pragnienie męczeństwa, którym sam gorzał, a którego z braku dzikich pogan i okrutnych cesarzy nijak urzeczywistnić nie mógł. Tym goręcej się modlił, by jego wychowanicy dane było wstąpić do nieba Trudną Drogą.

Snuł opowieści o świętych męczennikach, osobliwie zaś o dziewicach, które, jak owa błogosławiona Barbara, nie chcąc sprośnemu mężczyźnie oddać tego skarbu, który umyśliły Bogu poświęcić, cierpiały przez to srodze. Kaci bowiem obnażali je, by gorącym żelazem szarpać ich kruche dziewczęce ciała i obcinali im piersi, a okrwawione rzucali na pożarcie głodnym psom. I nie widział Giraldus, że mała truchleje i przyrzeka sobie w duchu oddać się pierwszemu mężczyźnie, który ją zechce, by nic nie było już do ofiarowania Bogu, który tak strasznych wymaga ofiar.

Pewnej nocy wsunęła się do łoża Uthera i zapytała, czy jest dość wszeteczny, by uczynić z niej swoją dziewkę.

Miała wtedy trzy lata.

Giraldus rad by cały Tintagel doprowadzić do stanu świętości, lecz doprawdy lepiej by zrobił, gdyby poprzestał na biednej, udręczonej duszy pani Igerne. Co zaś do Morgan, to efekty jego zabiegów były raczej skromne, by nie rzec wprost odwrotne do zamierzonych.

Gdyby przynajmniej udało się oduczyć ją śmiać. Ten śmiech prześladował Giraldusa. Śnił mu się po nocach. Był drwiną i wyzwaniem, a przede wszystkim zupełnie nie licował z powagą, jaka przystoi przyszłej obrończyni wiary, świętej dziewicy Annie. Gromił ją więc:

- Pan nasz płakał wiele razy, a nie wiemy, czy się bodaj kiedykolwiek uśmiechnął.

Morgan spuszczała wzrok, co mnich brał za oznakę skruchy, nie wiedząc, że ukrywa w ten sposób buntowniczy, drwiący uśmieszek. A przy najbliższym posiłku znowu znajdował w swojej zupie zaskrońca albo jaszczurkę. Giraldus, nie dopuszczając myśli o psikusach małej królewny, pewien był, że to sam Szatan próbuje mu obrzydzić życie. Żegnał się więc znakiem krzyża świętego, ale ohydne stworzenia nie znikały. Wtedy zazwyczaj wkraczał do akcji Merlin, uprzejmie proponując swoje usługi. Mnich wpadał w furię, a czarodziej unosił z lekka swoje cienkie, siwiejące brwi, patrząc nań z wyrazem niebotycznego zdumienia.

- Jak to - mówił - skoro twoje czary nie odnoszą skutku, czemu nie chcesz skorzystać z moich?

- Pilnuj się, czarowniku - syczał Giraldus - tacy jak ty nie mają wstępu do Królestwa Niebieskiego.

- A tacy jak ty - odparowywał Merlin - nigdy nie zobaczą Wyspy Jabłoni. Nie wiesz nawet, mnichu, co tracisz. - W jego zielonkawych oczach znów pojawiał się ten niepokojący błysk.

Błysk buntu. Przekory. Wesołości, za którą kryło się coś zupełnie niewesołego.

Merlin, mag kochany przez króla, a znienawidzony przez królową, nie był stałym mieszkańcem Tintagelu, lecz przebywał tu wystarczająco często, by mieć własną komnatę, do której nikt nie miał wstępu podczas jego nieobecności. O tej komnacie krążyły najdziwaczniejsze plotki. Szeptano, że są tam całe beczki krwi niemowląt, słoje z dziećmi przedwcześnie wyjętymi z łona matek, jaja smoków przygotowane do wylęgu i tym podobne okropności. Jedna z pokojowych zaklinała się nawet, że widziała tam Oko Balora, straszliwą pogańską relikwię, która może sprowadzić nieszczęście na cały zamek, a może i całą Kornwalię.

Nic z tego nie było prawdą, o czym mała Morgan miała przekonać się niebawem. Prawdą było natomiast, że czarodziej miał w sobie coś, co sprawiało, że w jego obecności ogarniał ludzi niewytłumaczalny niepokój. Zdarzało się, że przymykał powieki, a gdy otworzył je nagle, czuło się, że po komnacie skaczą niewidzialne iskry, jakby wszystkie twarze i dłonie potarł żółty morski kamień.

- To człowiek - mawiał Uther - który stworzyłby czary, gdyby one nie istniały przed nim. Ściąga je, jak północna wieża pioruny, a święty diabły.

Pani Igerne spuszczała wtedy oczy, przerażona bluźnierstwem, a Giraldus oponował zapalczywie, twierdząc, że podobne przyciąga podobne i Merlin musi być bardzo złym człowiekiem, skoro wciąż kręcą się wokół niego demony.

- Niezwykłym człowiekiem - ucinał król - i o niezwykłych myślącym sprawach; ty, mnichu, nie masz o nich nawet pojęcia, pilnuj lepiej swojego brewiarza!

Potem wprawdzie ogarniał go strach, kajał się więc i gorliwie wypełniał pokuty. Ale nie pozwolił oddalić Merlina. To mój mag, myślał z cichą dumą. Najlepszy od czasów słynnego Dila. Jego miejsce jest tu, w Tintagelu, przy moim boku, choćby cała armia Giraldusów chciała go stąd wykurzyć.

Merlin niebawem miał zwrócić uwagę na małą Morgan. A stało się to znowu za sprawą Giraldusa.

Zdarzyło się, że przybył do zamku wędrowny bard i przez cały wieczór bawił śpiewem królewską parę. Obdarowany szczodrze przez Uthera, zaszedł jednak jeszcze do kuchni, gdzie od dziewek służebnych spodziewał się lepszej nagrody. Zaśpiewał raz i drugi, zbiegła się cała służba i zabawa trwała w najlepsze. Raczono się resztkami z pańskiej uczty, popijano piwem, raz po raz jakaś para znikała w stajni, inni zaś śpiewali w głos i tańczyli, przytupując z takim zapałem, że cały zamek zdawał się trząść w posadach.

Hałasy doszły w końcu do uszu Giraldusa i święty mąż, pomstując ciężko, zszedł osobiście do jaskini rozpusty. Towarzystwo było już tak rozochocone, że kiedy jego ciemna sylwetka pojawiła się w progu, gruchnął gromki śmiech i w ogólnej wesołości nikt nie słyszał napomnień. Nikt prócz barda, który, o zgrozo, na poczekaniu złożył z nich kilka zabawnych kupletów. Tego już było Giraldusowi za wiele. Złapał wesołka za gardło i byłby go może uciszył na wieki, gdyby nie pies owego grajka, który w obronie swego pana dobrał się mnichowi do habitu, a po trosze i do chudego ciała, tak że Giraldus zawył z bólu i poniechał swej ofiary.

Habit miał jednak naderwany potężnie, i to w miejscu nieprzystojnym nawet dla świeckiej, a cóż dopiero dla duchownej osoby.

To samo da się powiedzieć o jego autorytecie.

Nazajutrz o niczym innym nie mówiono na zamku i nawet pani Igerne z trudem stłumiła śmiech. Oczywiście opanowała się w porę, jednak uwadze małej spryciuli nie uszło to ledwie dostrzegalne drgnięcie matczynych ust. Mała spryciula wzięła je za zachętę i niebawem po zamkowym dziedzińcu przespacerował się osioł przykryty czarną płachtą, przepasaną sznurem i, jak łatwo się domyślić, nie całkiem kompletną.

Mała spryciula była pewna, że ujdzie jej to płazem, lecz tym razem się przeliczyła. Pani Igerne rozsierdziła się nie na żarty. Nie domyślając się jednak, kto jest sprawcą tego czynu, przesłuchała po kolei całą służbę. Że zaś nikt się nie przyznał, kazała dla przykładu wybatożyć kilku najbardziej podejrzanych.

Morgan znalazła się nagle w dużym kłopocie. Nie była na tyle odważna, by przyznać się do wszystkiego, ale zarazem nie mogła dopuścić, by wychłostano Bogu ducha winnych chłopców stajennych. Małe czółko zmarszczyło się jak nigdy dotąd i królewna znalazła wyjście.

Szepnęła koniuszemu, który miał dokonać egzekucji, by zaprowadził skazańców pod orzech zasadzony w dniu jej narodzin. To było jej drzewo. Jak daleko sięgały jego gałęzie, mogła robić, co chciała. Mogła nawet udzielić azylu wszystkim, których jej matka zamierzała ukarać.

- Jesteście bezpieczni w moim królestwie - oświadczyła dumnie.

- A cóż to za królestwo, moja mała? - roześmiał się Merlin, który dziwnym trafem znalazł się właśnie w pobliżu.

- Królestwo Logres! - wypaliła mała spryciula. To było pierwsze słowo, jakie przyszło jej do głowy; może już gdzieś je słyszała, a może po prostu wymyśliła na poczekaniu, nie sądząc nawet, że mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie. Tym bardziej więc zaskoczył ją wyraz zdumienia na twarzy czarodzieja.

- Zaczekajcie tutaj - powiedział dziwnie zmieszanym głosem. Długo go nie było, a kiedy wrócił, twarz miał zaciętą i bladą, jakby po jakimś wielkim sporze. Kazał rozwiązać służących, a kiedy się rozeszli, przywołał do siebie królewnę.

- Ugłaskałem twoją matkę - odezwał się surowo. - Ale nie rób więcej psikusów mnichowi. I nie wymawiaj nazwy królestwa Logres. Nie wszyscy powinni ją słyszeć... Morgan Czarodziejko.

- Morgan? - zdziwiła się dziewczynka. Znała siebie jako Annę. Wszyscy przecież używali tylko jej oficjalnego imienia.

- To imię będziesz nosiła w królestwie Logres. Coś takiego było w jego głosie, że mała poczuła się nagle bardzo nieswojo.

- Czemu mi to mówisz?

- Ba! - roześmiał się niespodziewanie. - Mam słabość do ludzi, którzy z dwóch możliwości wybierają trzecią.

Od tego dnia czarodziej praktycznie przejął wychowanie Morgan, tak że ponura sylwetka Giraldusa powoli rozwiewała się w jej pamięci. Zamiast krwawych historii męczenników, mała królewna słuchała teraz dawnych legend i baśni, z których wiele było równie pięknych, jak ta o Tristanie i Izold Złotowłosej. Niebawem zresztą mogła je już czytać sama, gdyż Merlin nauczył ją tej sztuki. W jego komnacie było wiele ksiąg, starych i nowych, a wszystkie piękne, bogato iluminowane, pełne jarzących się barw i fantastycznych kształtów. Później poznała pismo ogamiczne i runy, pismo magów. Nauczyła się wielu zaklęć. Teraz mogłaby już samą siłą woli podrzucić mnichowi jaszczurkę na talerz. Tyle, że teraz, wobec tylu cudów, jakie otwierały się przed nią każdego dnia, straciła jakoś ochotę do tak trywialnych zabaw.

Nastał czas wypraw do lasu, gdzie przy odrobinie szczęścia i wyobraźni można było spotkać wróżki, elfy i innych mieszkańców Zaczarowanego Kraju. A nawet i dawnych bogów, którzy przecież wcale nie umarli, lecz żyją nadal w ludzkich sercach.

- I nigdzie więcej? - pytała Morgan, trochę zawiedziona. A Merlin uśmiechał się.

- To, co żyje w sercu człowieka, prędzej czy później pojawi się przed nim także w widzialnej postaci.

Morgan wierzyła mu, bo chciała wierzyć. Wróżki były piękne. Elfy urzekały smutkiem przyczajonym na dnie ogromnych, świetlistych oczu. Karły śmieszyły do łez. Dawni bogowie zaś, których nigdy nie spotkała, zdawali się nieść w sobie przepastną tajemnicę; jej cień udawało się czasem uchwycić w migotaniu gwiazd. Tylko cień, nic więcej. Ale ten cień wystarczał, by wysilać umysł i w pogoni za Tajemnicą penetrować to, co bliskie i na pozór znane, lecz przed uważnym i czujnym wzrokiem odsłaniające małe cuda.

A Merlin mówił:

- W mgłach, otulających nasze wyspy, w migotaniu liści na wiosnę, w wyciu wiatru, który przynosi głosy z innego świata, nic nie jest tak prawdziwe, jak myślisz, ani tak nieprawdziwe. Nasze drzewa mają po tysiąc lat i więcej i może jeszcze pamiętają tych, którzy żyli tu przed nami, otwarli drzwi nieba i piekła, pozwolili spotykać się ze sobą mieszkańcom trzech światów i nie zostawili po sobie nic prócz zagadki. Bo musisz wiedzieć, Morgan, że żył tu kiedyś lud, który potrafił przenosić wielkie bloki kamienia, większe niż te, z których zbudowany jest Tintagel, i ustawiać je tak, by odmierzały dni i godziny. A w dni szczególne księżyc wznosił się nad nimi niczym wielka hostia nad ołtarzem z kamieni, i do dziś to czyni, posłuszny rozkazom wydanym przez usta, które dawno już obróciły się w proch. Oni odeszli, maleńka, odeszli do Zaczarowanego Kraju i nie wrócą tu nigdy, gdyż każde dotknięcie ziemi oznacza dla nich śmierć. Pamiętasz Osjana? Był poetą. Przez trzysta lat śpiewał na dworze królowej elfów, a potem zatęsknił za swoim domem i wrócił, ale rozsypał się w pył, ledwo jego ręka spoczęła na klamce. Pamiętasz Maeldune'a? On także spędził trzysta lat na Wyspach Zachodnich, a potem zabiło go zwykłe jabłko, które ktoś rzucił mu z brzegu... A więc oni nie wrócą, Morgan. Nie zostawili po sobie miast, świątyń, domów ani dróg, lecz tylko te dziwne kamienne kręgi, esencję własnej duszy, esencję tajemnicy.

I mówił jeszcze:

- Wszyscy jesteśmy sługami Tajemnicy, Morgan. Królowie i prosty lud, kapłani i wojownicy, bogowie i demony, Panie Avalonu i wesołe leśne skrzaty, i wszystkie zwierzęta, drzewa i gwiazdy jaśniejące na niebie, i nawet najwyższy, jedyny, prawdziwy Bóg musi porzucić swoją chwałę i wszystkie imiona, by stanąć z Nią twarzą w twarz. Tylko tępy Giraldus, urodzony pod jasnym iberyjskim niebem, może wyobrażać sobie, że rzeczy twardo stoją na swoich miejscach, że słońce jest słońcem, a cień cieniem, że mrok umyka przed światłością jak noc przed nadchodzącym dniem. On nienawidzi naszych wysp, uważa, że stworzył je diabeł w chwili boskiej nieuwagi; nienawidzi naszej prawdy, która jest prawdą wiatru, koni i mgieł, pędzących przed siebie w wiecznej pogoni za Nieznanym. Jasność jest w mroku, a mrok w jasności, to co widzimy, to tylko ruch, triumfalny gest rzeczy wydobywających się z niebytu i ich dumne, bezlitosne odejście; to Bóg, Morgan, Bóg wychodzi wtedy poza siebie, On, Stworzyciel, wieczna światłość, która wyciąga rękę ku ciemności, zmiatając tym gestem wszystko, co napotka na swojej drodze; i my, stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, usiłujemy ciągle wyjść poza własną naturę, a wtedy niszczymy i zadajemy śmierć.

Tak mówił czarodziej, a małej Morgan zdawało się chwilami, że jest szalony. I może istotnie tak było, skoro pozwalał swoim myślom błądzić po niedostępnych i niebezpiecznych ścieżkach, a dziecko czynił świadkiem tych wędrówek.

Ale poza tym uczył małą panować nad zimnem i głodem, nad lękiem, jaki ogarnia człowieka nad przepaścią i tym, który paraliżuje go w obliczu dzikiego zwierzęcia; uczył ją także jeździć konno i władać bronią, aż dorównała w tym względzie dawnym, pogańskim kobietom. Giraldus sarkał, że małej dziewczynce potrzebna jest tylko nauka haftowania i śpiewania psalmów. Ma być wierną Bogu i posłuszną mężowi. A co więcej jest, od złego jest..

Merlin odpowiadał, że na granicy dwóch światów przydają się także umiejętności potępione.

Dziwny był to człowiek. Nawet plotki o nim były jednym wielkim zbiorem sprzeczności. Mówiono, że zrodziła go dziewica, dawno, jeszcze w pogańskich czasach, a ojcem jego był diabeł. Skąd diabeł, gdy nikomu się jeszcze o diable nie śniło? Nie wiadomo. Złośliwi zastanawiali się tylko, czy urodę odziedziczył po tatusiu, czy też raczej po mamusi, której nikt prócz diabła nie chciał wziąć do łoża. W istocie, Merlin piękny nie był. Mimo swojego wieku ciągle miał w sobie coś z pałąkowatego chłystka, który zupełnie sobie nie radzi z długością gwałtownie wyrośniętych odnóży. Był za to mądry. Podobno od zawsze. Jedna z plotek głosiła, że już w kołysce miał mądrość starca, ba! - większą jeszcze, bo oto sędziemu, oskarżającemu jego matkę o konszachty z diabłem (mamusia też musiała być długowieczna, skoro doczekała inkwizycji), wypalił prosto w twarz: „Ja przynajmniej, w odróżnieniu od ciebie, wiem, kim był mój ojciec”.

To było nawet podobne do Merlina, który dość często i zuchwale mówił ludziom prawdę w oczy. Ale z pewnością nie miał okazji stawać w obronie swojej matki, jako że w tamtych czasach bękarty rodziły się częściej niż legalne dzieci, i nikt nie robił z tego problemu. Co zaś do mądrości, to widać nie była ona doskonała, skoro chłopak poddał się później trudnym druidycznym wtajemniczeniom, a ponoć i odbył podróż na Wschód, by czerpać z wiedzy tamtejszych mędrców.

Merlin ani nie potwierdzał tych pogłosek, ani im nie zaprzeczał. Nie opowiadał też nigdy o wypadkach, które miały miejsce za panowania króla Vortigerna, zwanego Nieszczęsnym. Wiadomo tylko (o ile w ogóle coś wiadomo w sprawach dotyczących czarodzieja), że druidzi zamierzali go spalić w wiklinowej klatce, otoczonej dla pewności siedmioma pierścieniami mocy. Merlin pierścienie rozerwał i wprost z miejsca kaźni udał się do pustelni świętego Germanusa z Auxerre, który niedawno przybył do Brytanii głosić prawdę o nowym Bogu. Spędził tam wiele dni i sam stał się chrześcijaninem, ale na swój dziwaczny i pokrętny sposób, budzący grozę w ludziach pokroju Giraldusa, a nawet i w wielu innych, obdarzonych znacznie światlejszym i bardziej otwartym umysłem.

Merlin przyjął chrześcijaństwo, by je zmienić. Ta wiara przyszła z Rzymu - mówił - ze środka świata. Nie można jej odrzucić, tym bardziej że zabrania palić ludzi w wiklinowych klatkach... Ale zabrania też wielu innych rzeczy, znacznie lepszych, i do tych trzeba będzie mnichów przekonać. A jeśli nie dadzą się przekonać, trzeba ich będzie zaczarować. Powoli. Wszystko w swoim czasie. Każdy, kto znalazł się na naszych wyspach, prędzej czy później ulega ich magii. Święty Patryk, na przykład, Patricius... Tak, moi drodzy, dumny rzymski patrycjusz! Przybył nawracać Irlandczyków, a sam stał się ich największym obrońcą przed Bogiem i nawet wyjednał sobie prawo sądzenia ich w Dniu Ostatecznym. A jak to zrobił? Ano po naszemu, nie po rzymsku. To nasz obyczaj przecież, głodować pod drzwiami krzywdziciela, aż ten naprawi wyrządzone zło. A co zrobił Patryk, nasz drogi Patrycjusz? Wszedł na górę Aigle i głodował czterdzieści dni i czterdzieści nocy, aż Bóg zlitował się i wypuścił z piekła tylu Irlandczyków, ile było nitek w kapturze świętego... I rzekł jeszcze: „Skoro tak ich kochasz, Patryku, to sam osądzaj ich winy. Niech miłość zatriumfuje w końcu nad bezduszną sprawiedliwością”.

Tak, mówił Merlin, ta wiara przyszła z Rzymu, ze środka świata, ale nasze wyspy są krańcem tego świata i każda fala załamuje się tutaj, a kiedy wraca do swego źródła, nie jest już tym, czym była.

Giraldus bezskutecznie próbował przeszkodzić diabelskiej edukacji małej królewny. Ona zaś przeszła już pomyślnie wiele wtajemniczeń. Choć dziecko jeszcze ledwie dwunastoletnie, umiała przemieniać ludzi i zwierzęta w kamień, a potem przywracać im dawną formę; umiała stwarzać miraże mylące drogę wędrowcom; umiała krzesać ogień z powietrza, a wodę wydobywać wprost z ziemi. Przedmioty przyfruwały do jej rąk jak oswojone ptaki, a elfy, z którymi się przyjaźniła, snuły się nocami po zamku, budząc popłoch wśród służby. Już nie tylko mnich, ale nawet i rodzice byli tym zaniepokojeni. Merlin jednak obiecywał:

- Gdy przejdzie Próbę, skończą się kłopoty.

Zwlekał z tym jednak prawie dwa lata. W tym czasie Morgan z dziecka stała się kobietą i wielu rycerzy chętnie pojęłoby ją za żonę, nie tyle dla jej urody, ile dla przyszłej korony Smokobójcy. Morgan wyczuwała to, a może i podsłuchała jedną czy drugą rozmowę; dość, że zacięła się w uporze i nie chciała nawet słyszeć o zamążpójściu, a gorliwszych zalotników przemieniła w grupę skał, które dziś zwane są przez lud Orszakiem Czarownicy. Ani prośby pani Igerne, ani Uthera, ani nawet samego Merlina nie zdołały jej nakłonić do odwołania zaklęcia. Powtarzała tylko z jakąś cichą, nieubłaganą nienawiścią:

„Są teraz tym, czym byli zawsze; ich serca są z kamienia, niechże więc trwają w tej postaci do dnia Sądu.”

Merlin popatrzył na nią dziwnie i na moment spuścił wzrok. A potem przytulił ją, raz jeden w życiu, i powiedział cicho:

- Dziś w nocy przejdziesz Próbę.

Siedziała przy oknie, ogarniając wzrokiem ciemne pasma wzgórz i księżyc, wczepiony w zielonkawy szafir nieba. Z wolna dojrzewała w niej świadomość, że po raz ostatni widzi go w ten sposób. Nie miała pojęcia, na czym ma polegać Próba, wiedziała jednak, że jutrzejszy księżyc będzie już inny. Nieodwołalnie. Na zawsze. Radosna niepewność wibrowała w niej aż po koniuszki włosów. Nawet paznokcie pulsowały krwią w oczekiwaniu tego, co miało się stać. Merlin jednak ciągle nie nadchodził. Raz i drugi podeszła do drzwi, nasłuchując jego kroków. Nic się nie działo. Zdjęła płaszcz, którym zdążyła się już owinąć, gotowa do drogi. Znów usiadła przy oknie. Księżyc był coraz wyżej, zdawało się, że widać jego powolny, nieubłagany ruch. Podniecenie zaczęło ustępować miejsca złości, a potem znużeniu; nagle to wszystko wydało jej się czymś bezsensownym, niepotrzebnym, nieledwie śmiesznym. Przez chwilę czuła chęć, by zrezygnować, zadowolić się tym, co już zna i potrafi; może nawet wziąć sobie za męża jakiegoś rycerza z dalekich stron, uciec wraz z nim daleko od Tintagelu, Merlina, jego czarów i jego szaleństwa, ale wtedy stanęli jej w oczach wszyscy fałszywi zalotnicy i wzdrygnęła się. Nigdy.

W tej samej chwili drzwi skrzypnęły cicho i Merlin gestem zaprosił ją do wyjścia. Coś ją ścisnęło w gardle. Ale nie było już odwrotu. Bezszelestnie wymknęli się z zamku i weszli na jakąś ścieżkę, ledwie widoczną we mgle. Merlin jednak szedł pewnym krokiem. Widać dobrze znał drogę.

Wkrótce wyszli na rozległą równinę, gdzie w słabym świetle księżyca zdawali się stać kręgiem jacyś ludzie, spleceni ramionami.

- Taniec Gigantów - powiedział cicho Merlin. - Mówiłem ci już o kamiennych kręgach. Oto największy z nich. Tu bije źródło mocy. Tu przejdziesz Próbę, Morgan le Fay.

- Mam walczyć z nimi? - zapytała naiwnie.

- Nie. - Uśmiechnął się. - Masz odpowiedzieć na pytanie. Tylko jedno pytanie.

Giganci z bliska nie byli już podobni do ludzi. To były zwykłe bloki kamienia, ustawione w taki sposób, że górne, poprzeczne belki sprawiały wrażenie wyciągniętych ramion. Zwykłe? Nie. Było w nich coś naprawdę szczególnego. Wyczulone zmysły Morgan nie dały się zwieść. Merlin nie kłamał. Tutaj rzeczywiście biło źródło mocy.

- Siadaj - powiedział mag, wskazując jej podłużny, leżący na

ziemi kamień. - To Niebezpieczne Miejsce. Cokolwiek się stanie, nie opuszczaj go aż do świtu.

- A co się może zdarzyć?

- Nie wiem.

- Jak brzmi pytanie? - zapytała Morgan, próbując nadać głosowi jak najbardziej rzeczowy i obojętny ton.

- Posłuchaj - odrzekł poważnie Merlin - posłuchaj uważnie i zastanów się, ku czemu skłania się twoje serce; wiedz bowiem, że kiedy nastanie świt, nie będzie już odwrotu i spełni się to, co wybierzesz. A wybierzesz na wieczność, Morgan le Fay. Rozważ więc dobrze, co wolisz: spędzić na ziemi tysiąc lat w szczęściu, rozkoszy i pełni mocy, potem zaś bezpowrotnie obrócić się w proch, czy też w bólu dopełnić zwykłej miary ludzkiego żywota, z nadzieją na wieczne życie, które obiecują wyznawcy nowego Boga.

Powiedział to poważnie. Śmiertelnie poważnie. Pytanie tylko z pozoru należało do tych, jakimi z lubością przerzucają się teologowie. Morgan zbladła, gdyż poczuła, że w tej chwili naprawdę ważą się losy jej duszy.

Na odpowiedź miała całą noc. Jedną noc.

Czy naprawdę jedna noc może przesądzić o kształcie wieczności?

Tak, jeśli człowiek potrafi dokonać wyboru. Morgan nie umiała. Są słowa, które paraliżują od środka, a są to słowa: wieczność, nieskończoność, zawsze, nigdy, nic. Słowa nie na ludzką miarę, przywleczone na ziemię z jakiegoś innego wymiaru, przytłaczające swoim ogromem, urągające naszej niedoskonałości. Czternastoletnia dziewczynka pogubiła się całkiem w ich bezmiarze; czy można ją za to winić?

Świt nad Tańcem Gigantów wstał szary, beznadziejnie szary. Merlin w milczeniu wyprowadził dziewczynę z kręgu. Jego twarz była nieprzenikniona, nie malowało się na niej żadne uczucie.

- Nie umiałam wybrać - odezwała się Morgan.

- Wiem.

I dalej szli w milczeniu. Szli kilka dni, gdyż droga do Kręgu, nie skracana magią, była długa. Bardzo, bardzo długa.

- Czy to znaczy - odważyła się zapytać, gdy wiatr niósł już wyraźny zapach morza, a na horyzoncie zamajaczyły wieże Tintagelu - że nie będzie dla mnie miejsca w królestwie Logres?

Merlin wzruszył ramionami.

- Należysz do królestwa Logres i nie ma na świecie siły zdolnej to zmienić. Nie zaznasz już jednak takiego szczęścia, jakie dla ciebie wymarzyłem. Brak wyboru też jest wyborem, moja panno, tyle że najgorszym z możliwych. Czy wiesz - dodał od niechcenia - że prostacy nazywają Taniec Gigantów Stonehenge, Kamienne Szubienice?

Coś się w niej załamało. Pękł ów szczelny kokon czarów, zaklęć i wtajemniczeń, w którym żyła dotąd bezpiecznie, mając wrażenie, że wchodzi po łagodnych, szerokich schodach, prowadzona za rękę przez potężnego czarodzieja. Szczyt wydawał się już blisko, nieomal w zasięgu ręki; wystarczy zrobić jeszcze krok, pchnąć drzwi... A jednak czegoś zabrakło, za ostatnim stopniem czyhała przepaść, otchłań niemożliwego wyboru.

Czuła się zdradzona i oszukana. Zrozumiała nagle, że gwiazda jej życia, która zdawała się stać już prawie w zenicie, nigdy nie oderwała się od ziemi, nie wzniosła ani o cal nad horyzont. Nie była już wróżką i przyjaciółką elfów. Lustro pokazywało jej twarz brzydkiego, niekochanego dziecka, zaszczutego przez obojętność ojca, cichą niechęć matki, giraldusowy obłęd męczeństwa i niebezpieczne, niezrozumiałe wymagania Merlina. I nie było nikogo, kto by ją zwyczajnie przytulił, rozśmieszył, otarł łzy; nie było miłości, która rozprasza lęki. Merlin uśmiechał się często, ale nie do niej, lecz do tych obrazów, które widział pod powiekami. I rycerze, i służba, wszyscy się śmiali, bo naród ten w ogóle skory jest do śmiechu, ale to wszystko było gdzieś obok, daleko. W całym tym żywym, wesołym tłumie ona jedna nie miała swojego miejsca. Mogła się teraz bawić do woli świecidełkami swoich zaklęć i czarów, ale...

Sama.

Jej spojrzenie stało się niespokojne, ruchy niepewne. Z nikim nie mogła nawet porozmawiać o tym, co się stało, za to płakała po nocach i potem wstawała blada, z oczami podkrążonymi od łez i niewyspania.

Kobiety kiwały głowami: dojrzewa do zamęścia.

Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com