Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Z dwóch dróg najlepiej wybrać trzecią.
Okładka

„Jak rozmawiać z idiotą i inne rady mądrego wezyra”
Opowieści o Birbalu w opracowaniu Krystyny Kwiatkowskiej

Wydawnictwo „RAVI”, Łódź´1995 ISBN ISBN 83-85997-35-0


Zamiast wstępu

fragmenty

Nie byłoby tej książki bez pewnej rozmowy, która odbyła się kilka miesięcy temu w pewnym pełnym niezwykłych książek, starych grafik i oryginalnych hinduskich bibelotów, mieszkaniu znanego indianisty, Pana Sławomira Cieślikowskiego. (…) Było miło, ale jakby... nazbyt uroczyście. Wtedy wtrącił się mój wrodzony diablik przekory:

- A jednak jest coś, czego mi brakuje u Hindusów. Tym czymś jest zwykłe poczucie humoru. jakoś nie mogę sobie wyobrazić Hindusa opowiadającego dowcipy. Dowcip kojarzy się przecież z szybkim refleksem, ciętością języka. Czy przy ich powolnym rytmie życia to jest w ogóle do pomyślenia?

Starszy pan zmrużył oczy.

- Powolny rytm życia... Dostojeństwo ... Moja droga, zaręczam ci, że Hindus łapie pchłę nie wolniej od Europejczyka. Nie mówiąc już o zabawnych sytuacjach z szarżującym bykiem. Znasz anegdotkę o Śankarze? Śankara, wielki mędrzec, mistyk i filozof, nauczał, że wszystko na tym świecie jest złudzeniem. Podczas jednego z takich wykładów, prowadzonych notabene pod drzewem, rozsierdzony byk wpadł w tłum słuchaczy. Ludzie rozbiegli się, kiedy jednak niebezpieczeństwo minęło, wrócili znów posłuchać Mistrza. Ale Śankary nie było pod drzewem. Dopiero po chwili zeskoczył z gałęzi. "I cóż, o czcigodny - zapytał miejscowy radża - czyżbyś uciekał przed bykiem, który wedle twoich własnych słów jest jak wszystko inne, zwykłym złudzeniem?

Śankara odchrząknął z godnością: "Moja ucieczka, najjaśniejszy panie, również była złudzeniem" .

- Ładnie - roześmiałam się szczerze - ale przyzna pan, mimo wszystko, że takich anegdot jest niewiele. Nam, Europejczykom, śmiech towarzyszy od zawsze. Po prostu lubimy się śmiać, mamy to we krwi. Nawet średniowieczne misteria zawierały komiczne elementy albo chociaż interludia, przerywniki. Lud śpiewał kuplety i opowiadał dowcipy, a na każdym dworze był błazen...

Pan Cieślikowski uśmiechnął się tajemniczo i wszedł na drabinkę, by sięgnąć na jedną z górnych półek swojej biblioteki. Ściągnął stamtąd kilka książek różnej wielkości i grubości. We wszystkich tytułach powtarzało się imię: Birbal.

- Upominasz się o błaznów? Proszę bardzo: oto błazen na miarę, powiedzmy, naszego Stańczyka. Żyli oni zresztą mniej więcej w jednym czasie...

A potem popłynęła długa opowieść o Wielkich Mogołach, potomkach Czingis-chana i Timura Wielkiego, którzy w XVI wieku podbili Indie, lecz zarazem, paradoksalnie, zjednoczyli je i zapewniali dość długi okres względnego pokoju i dobrobytu.

(…)

Był to przecież wiek Renesansu.

Najbardziej renesansowym z renesansowych władców był Akbar, słusznie przez potomność nazwany Wielkim. Jego prawdziwe imię brzmiało Dżelal ed-Din Muhammad, ale powszechnie mówiono o nim Baba-szach - "Stary Król" (podobnie jak o naszym Zygmuncie Starym). Panował w latach 1542÷1605. To było długie i dobre panowanie; historycy nazwą później jego czasy Wiekiem Akbara. Cesarz umocnił i zreformował państwo, rozszerzył też znaczenie jego granice. (…)

(…)

Największym jednak dowodem mądrości politycznej (i nie tylko politycznej ) tego niezwykłego cesarza była jego nadzwyczajna tolerancja religijna. Zdrowy rozsądek i naturalny zmysł umiaru kazały mu jawnie kpić z wszelkiej dewocji i bigoterii. Fanatyczni ortodoksi muzułmańscy musieli przeżywać ciężkie chwile, gdy Akbar zrównał w prawach hindusów i wyznawców islamu, a w swojej nowo wzniesionej stolicy, Fatehpur Sikri, wprowadził własną, eklektyczną religię, będącą zlepkiem islamu, hinduizmu i chrześcijaństwa. (…)

(…)

Był w najbliższym otoczeniu Akbara ktoś, kto zapewne dyskretnie wspomagał ewolucję jego poglądów. Błyskotliwy, mądry Hindus - Birbal - przez długie lata piastował urzędy ministra, premiera (wielkiego wezyra) i doradcy cesarza. Był politykiem, sędzią i błaznem w jednej, niesłychanie sympatycznej osobie. Pomagał on Akbarowi zrozumieć Indie i rządzić nimi w sposób nie budzący sprzeciwów ludności.

(…)

[Birbal] Urodził się około 1528 roku. Według jednych, był on synem ubogiego bramina, według innych zaś - należał do kasty kszatriów (rycerzy). Mógł być księciem jakiegoś niewielkiego państewka, którego nie sposób teraz zidentyfikować.

Ta wersja wydaje się bardziej prawdopodobna. Przemawia za nią kilka faktów - przede wszystkim jego oficjalny tytuł Radż Birbal, jednoznacznie wskazujący na arystokratyczne pochodzenie. Po drugie - wykształcenie, po trzecie wreszcie - wyjątkowa waleczność. Birbal towarzyszył Akbarowi we wszystkich wojnach,(…) aż wreszcie, w 1583 roku, zginął, ratując mu życie.

Indie nie były Polską, Akbar nie był carem, a Birbal Wallenrodem, wkradającym się w łaski najeźdźcy po to, by działać na jego zgubę. Wręcz przeciwnie. Był szczerze oddany Akbarowi. Cesarz także ze swojej strony traktował go w zupełnie wyjątkowy sposób - bardziej jak przyjaciela niż jak sługę. (…)

Mądrość polityczna, dyplomatyczny talent i znajomość indyjskich realiów czyniły go [Birbala] pożytecznym, a błyskotliwy dowcip i umiejętność rozładowania napięć wręcz niezastąpionym. (…)

[Cesarz] Lubił też słuchać jego wierszy. Bo Birbal był także poetą. (…) Może nie była to wielka poezja na miarę Kalidasy (indyjskiego Szekspira), ale w każdym razie wiersze Birbala, pisane w języku hindi, w jego starej formie, zwanej bradż, do dziś są zamieszczane w antologiach literatury indyjskiej.

Został jednak w pamięci potomnych głównie jako bohater niezliczonych anegdot.

- A czy one są śmieszne - zakończył pan Cieślikowski - sama ocenisz. Poczytaj sobie.

Poczytałam. Czytając, śmiałam się, a śmiejąc się, doszłam do wniosku, że innych te historie również mogą rozśmieszyć.

Moje opracowanie nie jest przekładem. Wiele tekstów musiałam napisać właściwie od nowa, po swojemu, zachowując ich sens, lecz unikając nieznośnej wschodniej rozwlekłości. Wiele też pominęłam przede wszystkim te, których dowcip zasadzał się na grze słów w językach hindi lub arabskim. (…) Z tego samego powodu wyeliminowałam opowieści, w których zbyt wielką rolę odgrywają egzotyczna wschodnia obyczajowość, religia i prawo. Nie tłumaczyłam też licznych znaczących (nierzadko obraźliwych) imion i nazwisk.

I w ten sposób powstała ta książeczka - niezbyt wierna oryginałowi, subiektywna, w żadnym wypadku nie mogąca pretendować do miana naukowego opracowania, ale za to - mam nadzieję - zabawna, mądra, chwilami wzruszająca i na pewno nie nudna.

Dziękuję Panu Sławomirowi Cieślikowskiemu za inspirację i nieocenioną pomoc, a wszystkim Czytelnikom życzę równie dobrej zabawy jak ta, która stała się moim udziałem, kiedy czytałam i spisywałam te opowiastki.

Krystyna Kwiatkowska
Łódź, maj 1995

Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com